Wyszłam za mąż już nie wracam...

Jeśli mieszkacie zagranicą pewnie słyszeliście o akcji #niewracam, która odbyła się niedawno w ramach projektu Tam mieszkam. Polacy wypowiadali się w niej na temat emigracji i dlaczego nie planują powrotu do Polski. W związku z wynikiem wyborów hashtag #niewracam przeżywa drugą młodość, a internet zalała fala dyskusji na ten temat. Nie pamiętam czy kiedyś o tym pisałam... jeśli tak, to przy okazji innych tematów, "między wierszami". Wiecie, że emigracji nie planowałam. Wiecie, że nie lubię samego słowa "emigracja". Dzisiaj trochę o tym, czym jest dla mnie NIE JEST dla mnie wyjazd z Polski. Otóż... NIE JEST EMIGRACJĄ, chociaż według słownika PWN tak właśnie powinnam go traktować.




emigracja
1. «wyjazd z ojczystego kraju do innego państwa w celu osiedlenia się tam»
2. «stały lub okresowy pobyt w innym państwie»
3. «ogół emigrantów mieszkających w jakimś kraju»

• emigracyjny • emigrant • emigrancki • emigrantka • emigrować 
Może wynika to z samej niechęci do wyrazu, który (dzięki systemowi edukacji) stał się synonimem cierpienia i konania z tęsknoty. Naładowany negatywną energią nigdy nie był mi szczególnie bliski. A już w szczególności nie teraz, kiedy sama stałam się "emigrantką". Bo, ja, proszę Państwa, po prostu wyjechałam. Zmieniłam adres zamieszkania. Nie wyjechałam, bo cierpiałam. Nie wyjechałam, bo było mi źle. Nie wyjechałam w poszukiwaniu pracy. Jeśli już, to jestem emigrantką z miłości. Podejmując tą decyzję kierowałam się wyłącznie sercem! Czy tęsknię? Tak "w ogóle"- NIE. Znalazłam swoje miejsce na ziemi. Jestem szczęśliwa. Jeśli już to tęsknię za rodziną, przyjaciółmi, językiem, polską muzyką w radiu, za Krakowem, pierogami ruskimi, których nie musiałabym sama lepić i ogórkami kiszonymi. Były chwile, kiedy zastanawiałam się co będzie za kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt lat, kiedy rodzice się zestarzeją i być może będą potrzebowali kogoś TAM, a nie TUTAJ. Co, kiedy będę miała dzieci? Jak poradzę sobie z wychowaniem ich na Polaków? Wiele poświęciłam, chociaż nie zdawałam sobie z tego sprawy. Poświęciłam, ale nie cierpiałam z tego powodu, nie wylewałam łez. Z czasem wszystkie "czarne" myśli poukładałam sobie w głowie. Wiem, że będzie dobrze. Nie martwię się na zapas. Nie wracam. Nadal nie ma to związku z pracą, polityką, z czymkolwiek. Tak po prostu czuję. Może kiedyś, kiedyś zdecydujemy, że chcemy pomieszkać w Polsce. Bo w przeprowadzkę na stałe, w "zestarzeję się w Polsce" nie wierzę. Skoro jesteśmy szczęśliwi w Słowenii dlaczego mielibyśmy to zmieniać? Nie chodzi o to, który kraj jest lepszy, bardziej kolorowy. Każdy ma swoje plusy i minusy i ciężko jest wytłumaczyć nasz wybór... Kiedy mówię "u nas" czasem mam na myśli Polskę, czasem Słowenię. Mam dwa domy. I jest mi z tym dobrze! Mam nadzieję, że będę umiała tym "zarazić" Idę. Postaram się, to wiem na pewno! Chcę, żeby w obydwóch krajach czuła się tak samo "u siebie". 
Kiedy planowaliśmy ślub podjęliśmy decyzję, że odbędzie się w Słowenii. Dziadkowie nie mogli przyjechać... to są "ciemne" strony "emigracji". Nie można mieć wszystkiego, niestety. Byli ze nami w myślach i wiem, że my z nimi także! Poza tym, mieliśmy cydowny ślub i wesele! Wesoły, na luzie, w gronie przyjaciół i rodziny. Tata prowadził mnie do ołtarza, Marko powiedział przysięge po słoweńsku, a ja po polsku. Fajnie było:) 

Nasz dzień był pełen pozytywnych myśli i uśmiechów :) Mam nadzieję, że tak już pozostanie. Gdziekolwiek będziemy. Może to przesłodzone, ale mój dom jest tam, gdzie są Marko i Ida!

















6 comments:

  1. Kasiu! Tak cudownie czytać szczęście!! Gratuluję i ciesze się bardzo z Tobą! I wiesz - rozumiem doskonale każde słowo!, chociaż ja jestem tu nie w takim dobrym momencie emigracji.Doświadczam wręcz przeciwnych uczuć i zastanawiam się po co...? I chyba wiem, po mailach, które dostaję po tych moich smutnych postach. Zadziwiające jest to (a jednocześnie zrozumiałe), że mało kobiet odważa się mówić o swoich smutnych chwilach, uczuciach, przeżyciach tylko w prywatnych mailach, nie piszą komentarzy na blogu. Chyba po to przeżywam, by rozumieć także i takie osoby.
    Za to pamietając lata w Austrii - rozumiem i ciesze się z TOBĄ! bardzo!!!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Przepiękne zdjęcia ze ślubu! I popieram - emigracja nie musi być "na smutno" ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Napisałam to już na FB Klubu Polki, ale napiszę raz jeszcze: wyglądałaś przepięknie. Z tego co widzę po detalach, cała oprawa musiała być bajeczna bez "wymuszenia" i typowo ślubnej brokatowo - cyrkowej oprawy :)

    Wydaje mi się, że już teraz, kiedy granice nie są tak kontrolowane, "emigracja" to - jak piszesz - po prostu wyjazd. Ot, zmiana miejsca zamieszkania. Kilka godzin samolotem i jesteśmy na miejscu. W lipcu ma przyjechać do mnie, do Stambułu, mama i siostra. Lot? Niecałe 3 godziny. Dojazd do Warszawy? Cała noc, z przesiadką :) Gdybym wyprowadziła się do Warszawy, pewnie nie widywałybyśmy się o wiele częściej.

    Wiem, że ktoś to skomentował właśnie w Klubie Polki - szkoda, że np. nasz wybranek nie podchwyci nuconej przez nas melodii z polskiego, kultowego filmu, nie zrozumie żartu, kiedy jako hasło - wzorem Seksmisji - ustawimy szpetne "k...rwa". Ale z drugiej strony stworzenie własnego języka, który rozumiemy tylko we dwoje; wspomnienia na lotniskach, małe śmieszne nieporozumienia językowe, wnoszą tyle samo do związku.

    I do rzeczy: wszystkiego pięknego z okazji ślubu! Serdecznie gratulacje z drugiej części Europy (no, prawie Europy) :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Byłaś przepiękna w dniu ślubu. Samej mi marzy się ślub w Słowenii :)!

    OdpowiedzUsuń
  5. Dziękuję, kochane jesteście!

    OdpowiedzUsuń
  6. Dzis trafilam na Twoj blog, i wzruszylas mnie swoim wpisem. Tak, emigracje ma inny wymiar, juz nie jest "za chlebem". Ja wyjechlam do Niemiec na 2 tygodnie, a zostalm 15 lat. A jak sie zadomowilam, to poznalam mojego meza Amerykanina...no i pojechlam dalej:) Serdecznie Cie pozrawiam zza Wielkiej Wody.

    OdpowiedzUsuń