Sarajewo i Mostar

Kochani! 
Jeśli myśleliście, że długo czekałam z publikacją zdjęć z Australii jesteście w błędzie. Można dłużej! Relacja z podróży do Bośni i Hercegowiny siedziała w mojej głowie 6 lat!
W końcu odgrzebałam zdjęcia, które cały ten czas "siedziały" sobie cichutko na twardym dysku i czekały. W końcu zebrałam w sobie wszystkie wspomnienia i postanowiłam- PISZĘ!

Kilka dni po przerobieniu zdjęć natknęłam się w telewizji, całkiem przypadkowo, na film dokumentarny o Srebrenicy. 9 lipca 1995 roku rozpoczął się szturm na miasto, między 12 a 16 lipca Serbowie zamordowali około 8000 muzułmańskich mężczyzn. Właśnie mija 20 lat od tych wydarzeń. Film wywarł na mnie ogromne wrażenie. Opowieści mężczyzn, którzy cudem przeżyli, niejednokrotnie ukryci pod stosami martwych ciał. Opowieści kobiet, które straciły synów, mężów, ojców. Oglądając przyszło mi do głowy wytarte jak stara podeszwa zdanie z lekcji polskiego: "Ludzie ludziom zgotowali ten los". Zdanie, które właściwie niewiele dla mnie znaczyło, nagle nabrało zupełnie nowego wydźwięku. Ludzie ludziom! Sąsiad sąsiadowi! Byłam, nadal jestem, wstrząśnięta. I nagle ta relacja z podróży do Bośni i Hercegowiny (BiH) nabrała dla mnie całkiem nowego znaczenia. Przy granicy chorwacko- bośniackiej widziałam riuny domów, które do dzisiaj stoją samotne, opuszczone, a zaraz obok, niedaleko, bo zaledwie kilka metrów stoją domy jeszcze ciągle zamieszkałe. Jakie dramaty ludzkie wiszą tam w powietrzu- nigdy się nie dowiem. Widziałam zaledwie cząstkę, okruch, pozostałość po tej wojnie, która była okrutna, gwałtowna, i która nigdy nie powinna się powtórzyć. Nigdzie na świecie. Przed Wami relacja z naszej podróży do Sarajewa i Mostaru. W rocznicę ludobójstwa w Srebrenicy*.

***
Upalny sierpień 2009. Wyjechaliśmy wcześnie rano, po uprzednim spakowaniu do bagażnika pięciu litrów bimbru i kilku butelek wina z naszej winnicy. W Zenicy, fabrycznym sercu Bośni, której huta była perełką przemysłu Jugosławii, czekał na nas wujek Marko, Słoweniec, który mieszkał w Zenicy od lat. Po kilku godzinach jazdy przywitał nas szeroki uśmiech wujka, któremu wręczyliśmy alkohol i poszliśmy zwiedzać jego biuro. Nie pamiętam dokładnie czym się zajmował, ale miał, jak na prezesa firmy przystało, sekretarkę i dużą salę konferencyjną, w której ugoszczono nas kawą, (jeszcze wtedy słoweńskim) sokiem Fructal i jakimiś cukierkami. Rozmawialiśmy tak pośród dymu z papierosów (bo palenie w biurze było czymś całkowicie normalnym), a po jakimś czasie wujcio zabrał nas na najlepsze čevapčići v mieście. Między jednym, a drugim kęsem mielonego mięsa uformowanego w małe klopsiki, wymienialiśmy się nowościami z rodzinnego życia i czas minął bardzo szybko. Jeszcze tylko punkt widokowy na Zenicę i już ruszyliśmy w dalszą drogę do Sarajewa. Zdjęć nie mam. Bateria się wyładowała! Jedyne zdjęcia Zenicy, które zrobiłam w drodze powrotnej, w sumie odzwierciedlają bardzo dobrze klimat miasta. Mimo, że mieszczanie bardzo się starają wprowadzić zieleń i słońce, nadal przeważa kolor rdzy i pejzaż "z kominami". 
 
Sarajewo czekało na nasz przyjazd.
Nie wiedziałam właściwie czego się spodziewać. Nigdy jakoś nie pomyślałam, że pojadę na "wycieczkę" do Sarajewa. 
Sarejewo kojarzyło się z wojną. Karabinami. Granatami. Łzami. No, i oczywiście początkiem pierwszej wojny światowej. 

Właśnie przeprowadziłam się do Słowenii, niewiele świata widziałam i szczerze mówiąc miałam mgliste pojęcie o tym co zobaczę w Sarajewie. A zobaczyłam miasto położone na pięknych wzgórzach, na których co wieczór jak świetliki migotały światła domów. Zobaczyłam Baščaršija (Baszczarszja) główny targ miejski ze słynną studzienką Sebilj, odnowioną starówkę, piękne meczety, Katedrę Serca Jezusowego, Medresę Seldžukija, kramy i sklepiki, tętniące nocnym życiem uliczki, restauracje w których stoły uginają się od pysznego tradycyjnego jedzenia. 


W Sarajewie można się zakochać. Można chłonąć to miasto, stracić dla niego głowę. Można siedzieć godzinami i przyglądać się tłumom ludzi, którzy spacerują po głównym deptaku dla samego spacerowania. I kobiety! Przepiękne, wystrojone specjalnie na te wieczorne spacery, z głowami owiniętymi fantazyjnie haftowanymi chustami. Kiedy na nie patrzyłam, aż żałowałam, że nie jestem muzułmanką! Nosiły hidżab z taką gracją, z taką dumą, niczym największą ozdobę (którą zresztą był!). W ciągu dnia można, a nawet TRZEBA spacerować bez celu między niezliczoną ilością straganów i rozkoszować się atmosferą miasta. 
Tylko czasem, kątem oka można dostrzec blizny na obrazie starych kamienic. Ślady kałasznikowa. Odpadający tynk. Kiedy opuszcza się centrum miasta takich znaków, przypomnień, że tak niedawno trwała tu wojna, jest więcej. Obok siebie stoją ruiny budynków i nowoczesne szklane wieżowce. Dzieci na ulicach proszą o pieniądze. Znika wrażenie, że "nic się nie stało". Znika "imprezowa", wesoła twarz Sarajewa. Na każdym kroku coś przypomina, że przez ponad trzy lata (04.1992-10.1995) trwało tu oblężenie. Nie można zlekceważyć myśli o tym, co czuli mieszkańcy, odcięci od świata, z czujnym okiem snajperów, którzy codzienne polowali na nich jak na zwierzynę. Ciężko zapomnieć. 





















  
W Sarajewie spędziliśmy zaledwie dwa dni, trzeciego dnia wybraliśmy się na wycieczkę do Mostaru- miasta leżącego na trasie do Dubrownika. Mostar "od zawsze" zamieszkiwany był przez kilka grup etnicznych, po wojnie mieszkają tam głównie Chorwaci i Bośniacy. Jest to także nieformalna stolica Hercegowiny i miejsce, które KONIECZNIE trzeba zobaczyć! Orginalny kamienny Stary Most z XVI. wieku został zniszczony w 1993 roku przez Chorwatów. W roku 2004 zakończono jego odbudowę. Komentarz do zdjęć z Mostaru jest właściwie zbędny... stare miasto, a właściwie część okalająca Stary Most jest miejscem magicznym. Z nieba lał się żar. Nic nie mogłoby być w tamtej chwili lepsze niż zamoczenie nóg w lodowatej Neretwie i podziwianie skoków z mostu w wykonaniu chłopaków zrzeszonych w klubie skoczków. Każdy z nich ma na ramieniu dumnie wytatuowany Stary Most. I te skoki zapierają dech! Z rozgrzanego kamiennego mostu skoczyć, HOP! w lodowatą rzekę i przeżyć! To jest dla mnie prawdziwy wyczyn! A tłum gapiów stoi i patrzy. Z rozdziawionymi ustami! 

Przespaliśmy jeszcze jedną noc w Sarajewie i wyruszyli w podróż powrotną do Słowenii. Bośnia i Hercegowina żegnały tak samo, jak nas przywitały- cudownymi pejzażami, ruinami domów, do których nikt już nie wróci, niebieskim spokojnym niebem. Odkryłam, że to nadal świat kontrastów. Można znaleźć w nim niesamowite, zapierające dech w piersi piękno, oraz niesamowite, zapierające dech w piersi cierpienie.

Kiedyś jeszcze wrócę do Sarajewa. Jestem pewna.



























Mistrz kierownicy. 






*07.07. 2015r. Rosja zawetowała rezolucję OZN w sprawie nazwania wydarzeń w Srebrenicy mianem ludobójstwa.

1 comments:

  1. Aminatta Forna w swojej książce o powojennym Sierra Leone stawia tezę, że mieszkańcy takich miejsc cierpią na kolektywne PTSD: zespół stresu pourazowego. Myślę sobie o tym, czytając Twoje wspomnienia z tego zagadkowego miejsca... Bo faktycznie, jak żyć, jak ufać po czymś takim? W Afryce, np. w Rwandzie, do teraz są miejsca, gdzie mieszka się niemal ściana w ścianę z kimś, kto zamordował twoją rodzinę. Straszna, straszna rzeczywistość.

    Bałkany są dla mnie fascynujące. Tak długo były synonimem wszystkiego, co najgorsze. Siedliskiem wampirów, Frankensteinów i zamachowców. Teraz przeżywają chyba swój renesans. Wielu ludzi ma na nie "fazę". I oby tak pozostało, oby nie wrócił ten straszny czas. Niestety, w tej wojnie miała swój udział i Polska jako członek NATO. Aż wstyd, że tylu ludzi w Polsce nie wie, co tam zbombardowali i co się tam ostatecznie zdarzyło.

    PS. Też uważam, że muzułmanki noszą się cudownie!! Z taką mega gracją i stylem :) Bardzo się cieszę, że znalazłam Cię na instagramie :) Pozdrawiam bardzo ciepło, mam nadzieję, że kiedyś zawitam w Twoje strony :)

    OdpowiedzUsuń